
- Ach, więc sprzedał się pan Amerykanom! .
Robert przetarł oczy nie mogąc rozpoznać twarzy mówiącego. Ledwie cokolwiek widział przez kłęby kurzu. W końcu rozpoznał Cichego. - Wybierasz się na pogrzeb? - Zapytał widząc czarny Jedwabny garnitur. - A co, pomyliłem cmentarz? - roześmiał się Cichy, patrząc na Roberta stojącego po pachy w wykopanym rowie. - Poproszę dwa serniki, dwie szarlotki i proszę je położyć na tylne siedzenie do tego samochodu - Cichy wskazał kelnerce na stojącego obok Jeepa. Dziewczyna, jasnowłosa blondynka, wpisała zamówienie na kartkę i bez słowa odeszła od ich stolika. Cichy odprowadzał ją wzrokiem dopóki nie zniknęła w bramie kawiarni. Musiała być nowa. I na pewno była niezła. Przy tym wzroście, a miała na oko ponad metr siedemdziesiąt, nogi stanowiły znaczącą większość i ona o tym wiedziała. Cichy odwrócił się w stronę Roberta. - To dla mamy. Uwielbia słodycze. Zawsze upaprzę się tym cukrem pudrem - spojrzał na połyskujący w słońcu mankiet marynarki i otrzepał go znacząco. - Zresztą i tak wyglądam jak świnia od tego kurzu -spojrzał przelotnie na Roberta. W roboczym komplecie BHP i koszulce z napisem "Miami" Robert wyróżniał się w tej kawiarni. - Niedługo sam będę tak wyglądał. Chcę budować dom na Pogodnie. Szukam właśnie dobrego architekta - Cichy wyjął z kieszeni złożoną gazetę i podał ją Robertowi. - Niezłe zdjęcie - powiedział z uznaniem. Robert rozłożył gazetę. Na pierwszej stronie w artykule pod tytułem "Biznesmeni sponsorują polską oświatę", zamieszczone było duże zdjęcie. Na pierwszy rzut oka wyglądało jak reklama pasty do zębów. Chmielewski przyciskał Roberta do siebie prawą ręką i szeroko szczerzył się do czytelników. Cichy dostrzegł przelotny uśmiech na twarzy Roberta. - Ile tak zarabiasz miesięcznie? - Spytał Cichy i sięgnął po kawę. - Majster jest sąsiadem i znajomym ojca, więc z sobotami i nadgodzinami dostaję... Przejeżdżający ulicą tramwaj zgodnie z biegiem torów skręcał w sąsiednią ulicę. Ostry pisk skręcających kół zagłuszył rozmowę. Cichy nie dopił kawy. Słysząc ile Robert zarabia parsknął śmiechem, rozlewając ją sobie na koszulę. - Chcesz mnie zabić? - Kaszląc oskarżał. Robert poderwał się z serwetkami na ratunek, ale Cichy go powstrzymał. Siedząca przy sąsiednim stoliku trójka dzieci śmiała się z sytuacji. To znaczy dwójka się śmiała, a trzeci w tym czasie dorwał się do wspólnej szklanki Mirindy i ciągnął ile miał sił. Kelnerka powróciła do stolika z ciastkami i rachunkiem. Cichy położył kilka banknotów na rachunku. - Reszty nie trzeba. Proszę dać tym dzieciakom po Fancie i największym ciastku jakie tutaj macie. - Dzieciaki lubią ciastka, tak? - Zapytał dzieci. - Tak - zgodnym chórem odkrzyknęły. - Coś jeszcze proszę pana? - Spytała kelnerka. Cichy podniósł się z krzesła i stanął tak blisko niej, że musiała odchylić się do tyłu. - O której kończysz pracę? "Nikt nie potrafi tak nienawidzić jak kobiety" pomyślał Robert patrząc na wyraz oczu odchodzącej kelnerki. Cichy zdjął marynarkę i zaczął ściągać koszulę. Robert zabrał ze stolika paczkę z ciastkami i szedł za nim. - Muszę jechać do Berlina, a samemu nudno - zaczął Cichy. - Prawko masz? - Mam - potwierdził Robert. - To pojedziesz ze mną. Zapłacę ci tyle co majster. - Cichy wsiadł do samochodu odpalił silnik. - Za cały miesiąc - dorzucił odjeżdżając. Jeep ruszył z piskiem opon włączając w uliczny ruch. Pisk opon i klaksony wściekłych kierowców pozostały za nim w tyle.. Potwornym ścisku, za to z wyrazem twarzy kogoś, kto znalazł właściwą drogę życia.. Lecz małpka uczepiła się go, ujęła za kark i piszczy... z rozbitej główki cieknie krew. Małpka wciąga go do wody... Tamuje ruchy... Jak przez mgłę widzi Hanys jakichś ludzi, biegnących brzegiem rzeki... Coś krzyczą... Okropnie krzyczą!... Małpka wciąż piszczy i czepia się kurczowo jego ramion... W jednej łapce trzyma łańcuszek, a na łańcuszku jego zegarek!... Nadbiegła wielka fala, zakryła ich sobą.. - Nie. Ale co z Martinem, Craig?. Utopie. - Tutaj to wszystko na nic - zawyrokował wreszcie Bartek. - Na Czerniakowską nie wyjadą, muszą tam! Na wszelki wypadek najlepiej u wylotu, bo jakby trzeba było pojechać za nimi, to stamtąd gotowy start! Wszyscy przyznali mu rację. Rafał podjechał kawałek z powrotem i ulokował malucha na samym wyjeździe z tego kawałka Podchorążych, stwarzając sobie możliwość obrania dowolnego kierunku. Wszyscy wysiedli. -Rozejdźmy się - zaproponowała Janeczka. - Każdy gdzie indziej, żeby wszystko było widać. Rafał rozejrzał się dookoła. - Masz rację, wszyscy w kupie to bez sensu. Ja tu zostaję, wsiądę i czekam w wózku. Po to tu jestem, żeby w razie czego pojechać za podejrzanym. A wy, jak uważacie. - Dobra, to my - z Bartkiem pod tamten śmietnik - podjął decyzję Pawełek. - Ty masz parasolkę, a ja ciupagę i będziemy na dwóch końcach... - Glin nie widzę - zauważył niespokojnie Bartek.. - Żeb' wasza noga więcej na naszym nie postała - zagrzmiał, gdy przybił poprzeczkę do świeżo wkopanego słupka.. - Nie ma żadnej wojny - rzekł Thornton. - Chodzi wyłącznie o ustalenie prawdy. Wzburzony Remy chciał, aby Thornton zostawił go w spokoju: - W końcu i tak dojdziemy prawdy - rzekł pospiesznie. - Przekażemy sprawę naukowcom, nie mamy nic do ukrycia. Opublikujemy wyniki naszych badań, i wtedy wszystko się wyjaśni.. Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd.. Rząd wtrąca się. On wtrąca się do złodzieja okradającego sklep.